OPISY ZAMOŚCIA, OPINIE O ZAMOŚCIU 1801-1900
Stanisław Dzikowski
- Blady, mglisty poranek. Złote promienie słońca snują się po złomach potężnych, bastyonach i szańcach, po dumnych wieżycach kościołów i zczerniałych murach. Szeroka czworokątna brama otwiera ramiona - za nią labirynt uliczek wązkich, szeregi domów trójokiennych, pokrytych nierzadko subtelną sztukateryą. Na horyzoncie co chwila wyrasta jakiś wielki, imponujący gmach. Z każdego zakątka, z każdego załomu przemawia do ciebie swoim tajemniczym, niezrozumiałym językiem - przeszłość. Zawiła panorama krętych ulic urywa się czasami w szerokim wylocie - wówczas widać plac obszerny, okalający wyniosły kościół, albo jakieś stare zwalisko na tle dalekiego pejzażu, lub też przepiękny rynek, cały przykryty zielonością, pyszniącą się na tle mrocznych podsieni wyniosłego ratusza. Wschodzące słońce coraz silniejsze rzuca promienie i poi weselem poważne mury i tajemnicze wnętrza.
Zda się, że ze starych murów podnosi się głos cichy i snuje fantastyczne opowieści o czasach minionych. Dziwny smutek, wzruszenie niepokojące wzmaga się do ostatecznych granic i w namiętnym zapale zawiesza na rozpadających się w gruzy kastelach hardy sztandar przeszłości. Dumny poszum jego coraz silniej uderza, zda się warczy, jak bęben na pobudkę, brzmi, jak trąba bojowa. Wtóruje mu odgłos daleki, wstrząsający - dłoń jakaś krzepka chwyta go silnym ruchem, dzwonią kopyta końskie, brzęczą ostrogi i krzywe pałasze. Na murach, złem zielskiem pokrytych, na zczerniałych blankach i rumowiskach stają rycerze, aby jeszcze raz bronić starej twierdzy?
Na poszczerbionych murach i bramach fortecznych widnieją jeszcze ślady walk bohaterskich, tryumfy najeźdźców, stygmaty zwycięstw i upadków. Z kościołów barbarzyńską ręką austryacką przerobionych na koszary, dziś jeszcze wyziera srogi gwałt przemocy. Wreszcie zabiera głos współczesność martwa i obca, która ściany domów prastarych pokrywa odrażającą pstrokacizną kolorów i subtelne sztukaterye niweluje jedną warstwa wapna.
(Pod grozą czwartego rozbioru. Polska Norymberga, "Świat" nr 29 z 17 VII 1909).

Maciej Rataj - Mała mieścina (rynek śliczny, lecz w owym czasie zaniedbany i zażydzony gruntownie) stała się pod okupację ważnym punktem wojskowym z najrozmaitszymi bogato rozbudowanymi komendami, powstały i rozrosły się instytucje i urzędy cywilne, napływali uchodźcy z Rosju Sowieckiej tak, iż o znalezieniu mieszkania względnie przyzwoitego dla rodziny mowy nie było na razie. (ZKK, 2023)

NN - Po charakterystycznych podsieniach i gładkiej powierzchni klinkierowych bruków bez przerwy kręci się mrowie najrozmaitszych ludzi, turkoczą dorożki, prywatne bryczki i powozy, wehikuły towarowe, wozy włościańskie itp. Zamość  (…) jest centrum dla sąsiednich powiatów. ("Kurier Lubelski" 19 IX 1919)

St. Dz. - Od szeregu lat Zamość otoczony był gruntami fortecznymi. Wszystkie pola, które go okalają, należą z dawien dawna do inżynieryi wojskowej. Wskutek tego Stary Zamość posiada zaledwie kilkanaście nowych domów, a wszystkie inne do odległej należą przeszłości. Poprostu więc charakter miasta utrzymał się takim, jakim był przed laty.
I oto stwierdzić można, iż żadne miasto polskie nie przedstawia tego zjawiska w tak wysokim stopniu. Ten rys zasadniczy uderza odrazu przy pierwszym już spojrzeniu, rzuconem na to dziwne miasto, i jest jego najpiękniejszym urokiem.
Snując się po ulicach Zamościa, można na każdym niemal kroku coraz to nowych dokonywać odkryć. Każda kamienica, gmach każdy, zwaliska starych budowli dostarczają tysiąca szczegółów, przemawiających do duszy i serca. I oto niemal całe dzieje miasta odczytać można w jego murach starych. Na poszczerbionych ruinach i bramach fortecznych widnieją jeszcze ślady walk bohaterskich, tryumfy najeźdźców, stygmaty zwycięstw i upadków
(...) Oto otwiera swoje podwoje brama szeroka, a za nią istny labirynt uliczek wązkich i domów trójokiennych, na których horyzoncie wyrasta, jakby ponad głowami pospolitego tłumu, gmach jakiś wielki, imponujący. To znowu nagle urywa się zawiła panorama ulic i w szerokim wylocie widzimy plac obszerny, okalający kościół albo stare zwaliska na tle dalekiego pejzażu. (...) Albo też, błądząc wokoło, natrafiamy na zaułek charakterystyczny z domami o mrocznych podziemiach, w których łatwo rozpoznać dzieło założyciela, Jana Zamoyskiego, rektora uniwersytetu bolońskiego, wielbiciela namiętnego stylu włoskiego.
A kiedy mrok już zapadnie i snuje swe zasłony tajemnicze gromada cieni migotliwych, z którymi nieporadnie walczą skąpe latarni ulicznych blaski, duch jakiś fantastyczny zda się obejmować władztwo nad grodem starożytnym. Ludzie snują się, jak widziadła, cichnie rozgwar życia codziennego i każdy odgłos nocy niesie ku nam coraz to potężniejsze echo przeszłości. ( Zamość "Tygodnik Ilustrowany", 1912, nr 1)

Walery Briusow (symbolista rosyjski, korespondent) - Zamość ucierpiał stosunkowo mniej niż Krasnystaw, chociaż i tu trafiają się zniszczenia. Ale centralna piękna część miasta ocalała. Do Zamościa już całkiem wróciło normalne życie i dwa duże hotele – „Victoria” i „Europejski” wykonują dobrą robotę w obecnym czasie masowego przemieszczania się ludzi [...] Rano widzieliśmy otwarte sklepy i kawiarnie, czynne miejskie urzędy, ludzi spacerujących po ulicach. Zamość jest dość dużym miastem; są w nim ładne ulice, sklepy z dużymi lustrami, piękne stare kościoły, rzędy wielopiętrowych domów przypominające śródmieścia wielu europejskich miast. Zniszczenia przeszły obok i nie zmieniło się zewnętrzne oblicze miasta.
Zamość, dokąd przyjechaliśmy późną nocą, wydał mi się w zachwycającym świetle księżyca jakimś włoskim miasteczkiem; zasadzony drzewami rynek, otoczony kamiennymi arkadami, szerokie schody z balustradami prowadzące do nieistniejących drzwi, wysokie wieże wznoszące się ponad dachami, malownicze ruiny zamykające perspektywę ulic – wszystko to jako żywo przypominało Bolonię lub Pizę
. (Korespondencja z 27-28 IX 1914 i z powrotu przez Zamość kilka dni później).

Piotr Krasnow płk - Całe miasto – barwna historia XVII i XVIII wieków. Położone jest na płaskim wyniesieniu górującym nad bezkresnymi łąkami i morzem lasów iglastych w kierunku ku Zwierzyńcowi i mieszanych. na wzgórzach idących do Tomaszowa i Hrubieszowa. Oddalony od kolei żelaznej Zamość zastygł w cichym, głęboko prowincjonalnym życiu.
Miasto maleńkie – przejść z jednego końca na drugi – pięć minut, obejść dookoła – wystarczy dwadzieścia minut. Całe murowane, zwarte jak wszystkie europejskie miasta, wyniesione wzwyż, a nie zdążające wszerz, z pięknymi jezdniami, z wodociągiem i kanalizacją, ale jeszcze wtenczas bez elektryczności – miała ona zostać doprowadzona zimą 1914-15 roku, wojna przeszkodziła. (wspomnienia, druk. 1937 w Paryżu, tłum. J. Kuśnierz)

NN - Jest to jedno z najbardziej zabudowanych miast Królestwa. W strukturze domów z podziemiami (sic) i nader pięknymi ozdobami w stylu odrodzenia widocznym jest wpływ włoskiego renesansu. Zamość posiada progimnazjum męskie i żeńskie, urzędy i kilka większych zakładów przemysłowych i humanitarnych.
Związany historycznie z rodziną Zamoyskich, przechowuje szereg wspomnień historycznych. Założył go Jan Zamoyski
(...). Najpierw był on zamkiem obronnym, około którego powstało niebawem kwitnące miasto. Kupcy ormiańscy, którzy się tu osiedlili przyczynili się do wzbogacenia miasta. Jan Zamoyski utworzył ordynacyę z dóbr swoich, których interesa w Zamościu się rozstrzygały. Okres największej świetności Zamościa przypada na czas działalności założonej tu przez hetmana Zamoyskiego Akademii, która rywalizować chciała z Akademią krakowską. W kollegiacie tutejszej znajduje się grób Jana Zamoyskiego. Za czasów polskich Zamość był znaczną twierdzą, która dobrze się zapisała podczas wojen kozackich i szwedzkich. W r. 1866 zburzyli Moskale resztę wałów fortecznych, a pamiątką po twierdzy są tylko dwie baszty i bramy. Ratusz dzisiejszy z piękna wieżą, przedstawia się jako sympatyczna nowoczesna budowla. ("Dziennik Nowa Reforma" nr 376 z 31 VIII 1914 r.)

Eduard Pivat (Szwajcar, korespondent wojenny) - Rynek przywodził mu na myśl kolumnady bolońskich zabudowań i był według niego największą atrakcją Lubelszczyzny. (reportaż Vec Padoue Polonaise we francuskim "Le Temps", IV 1915).

Lajos Szádeczky-Kardoss  (Węgier, historyk, profesor) - Byłem tam po  VII 1915 po  pobiciu Moskali, zachwycałem się zabytkami tego intrygującego miasta i nie widziałem nawet śladu zniszczeń. Kościoły stały nietknięte: perła architektury pod postacią szesnastowiecznej rzymskokatolickiej katedry, wspólczesna prawosławna bazylika, ratusz z wieżą i szerokimi wachlarzowymi schodami, szpital zbudowany  na miejscu dawnego pałacu zamkowego, teatr, stylizowane na włoski renesans piętrowe włoskie kamieniczki ze stiukowymi dekoracjami, herbami i kamiennymi portalami. Nic nie przytrafiło się przyrynkowym domom z arkadami, które tak bardzo przypominały te bolońskie, a pod których łukami potomkowie  Mojżesza (wśród nich także prawdziwe róże Hebronu) wesoło sprzedawały  swoje liche towary, zarówno za rosyjskie, niemieckie jak i węgierskie banknoty. Nawet rozklekotanym i brudnym chałupom na przedmieściu nie stała się krzywda. (był jako żołnierz, korespondencja do jednej z gazet, za J. Feduszką, "Tygodnik Zamojski", 2024).

NN - Miasto Zamość; obecnie zapełniło się mieszkańcami na nowo. Na ulicach pełno przygodnych. 
cukierni z herbatą, w sklepowych wystawach towar przeważnie służący celom wojskowym,
sprowadzany z Wiednia. Lud tłumnie chodzi do różnych komend, przedkładając swoje bóle, szukając koni do kupienia. ("Nowa Reforma", (wyd. anie p.poł. z 19 X 1915)

Kazimierz Sochaniewicz (historyk) - Podróżny zbliżający się gościńcem od strony Szczebrzeszyna, musi doznać uczucia dziwnego i niezatartego uroku, jaki budzi widok grodu na tle panoramy pól i łanów ciągnących się hen w dal aż po granice nieboskłonu. Na tle błękitu niebios, zlewającego się z zielenią pól ugorów, złotem i srebrem tkanych pszennych i żytnich łanów, wynurzają się zbitym gniazdem czerwone mury i dachy budowli Zamościa. Tworzą one zamkniętą całość, strzelającą śmiało szczytami gmachów i wież, dominując nad okolicą, zdając się dumnym okiem przemierzać bezmiar przestrzeni... Widok miasta taki jakby ze starego sztychu wyjęty i nic dziwnego bo od tej strony Zamość pozostał nie zmieniony, nie wysunął się poza okowy murów... ("Kronika Powiatu Zamojskiego", 1918, nr 1 i 2).

Maria Dąbrowska (pisarka) - Zamość widać już z odległości dziesięciu kilometrów. Leży na nieco falistych polach, jak broszka z pereł i koralu na złoto-zielono-szafirowym pasiaku. Z bliska okazał się jeszcze piękniejszy, okazał się tak piękny, że nie umiem słowami wyjawić tego uroku. To miasto małe, jak dłoń - całe jest wybrukowane w równiutką kostkę kamienną, oświetlone elektrycznością i zabudowane ślicznymi starożytnymi domami. Nie ma tu wcale przedmieść. Tam gdzie kończą się ulice śródmieścia, zaczyna się zaraz starożytna fosa i za nią żyto. Księgarnia Pomarańskiego, która się znajduje w jednym z nielicznych nowożytnych domów Zamościa, "leży" na skraju ślicznej, czystej, ruchliwej ulicy i zielonego pola.
W Zamościu stanęłyśmy w hotelu, gdzie jest elektryczność, centralne ogrzewanie i kanalizacja, ale gdzie zdzierają z ludzi niesłychane ceny. Zamość przypomina co do piękności niektóre włoskie miasta, ale pod jednym względem je przewyższa. Cena hotelu jest w nim cztery razy taka jak w Wenecji.
Jadłyśmy coś w miłej, czystej cukierni. Potem obeszłyśmy rynek. Jest cały otoczony pięknymi kamiennymi podcieniami, niby krużgankiem. Ratusz zajmuje jedną stronę, ze swą złocistą wieżą z tarasem, spadającymi na obie strony cudnymi słowami, biały radosny - daje się nie tylko widzieć. Daje się niejako słyszeć, jak perlista chóralna pieśń.
W kolegjalnym kościele nie można się oprzeć wrażeniu czci przy prostych słowach płyty Hetmana Jana Zamoyskiego
(...). Z dawnego pałacu, gdzie jest teraz Sąd Okręgowy, został tylko pobieżny zarys dawnej piękności. Od tego pałacu na lewo, w obliczu zadrzewionych dziedzińców, stoją wysokie, przestronne białe gmachy. To Akademia Zamojska. (...) Wtargnęłyśmy tam po krótkiej chwili namysłu. Stary woźny oprowadzał nas po gmachu gimnazjum męskiego. Widziałyśmy prace uczniów, ich grafikony szkolne oraz dekoracje klas i sali teatralnej, przez uczniów zrobione, które przejęły nas podziwem. Gimnazjum to może służyć z wzór wielu warszawskim. (...) Zachwycone tym, cośmy widziały, chodziłyśmy do zmierzchu po rynku, czekając, aż nad jego cudny czworokąt wypłynie blady księżyc. Mury ratusza były coraz to bledsze i razem ze złotymi od księżyca domami świeciły cicho pośród łaskawej nocy. (fragment reportażu w "Bluszczu" 1925).

NN - Zegar ratuszowy powoli wydzwonił 6-ą. Ostatnie światło dnia, jakby przelękłe melancholją, łkającą w echach piosnki starego zegara, skonało cicho. Z szarych osłon dalekiego nieba płynął i płynął na ziemię mrok. Stęskniony, tajemnicze swe ramiona kładł sennie na huczące życiem gorączkowem miasto. Leniwie pełzał po gwarnych ulicach. W końcu, nie mogąc znieść widoku nędznych zaułków, przez wiatr szarpaną chmurę, utulił wnętrze podwórza (...) Ulicę miasta spowił kir nadchodzącej nocy. (Z naszych dni, Zamość 1927)

Maria Strzeszewska (żona starosty) - Przyroda otaczająca Zamość i ta, która wtargnęła do miasteczka, miała swój specjalny urok. Okolice Zamościa są płaskie i podmokłe, ale cóż za wspaniałe, kolorowo kwitnące łąki: białe, różowe, żółte, fioletowe o bujnej zieleni traw. Całe miasteczko przenika upojny zapach siana. Koło sądu rosną ogromne stare drzewa, dzięki wilgotnemu terenowi są soczyście zielone. (ok. 1928, Wspomnienia o Leśmianie. Lublin 1966).

Uczestnik wycieczki szkolnej z Poznania - Zamość jest dość ciekawem miastem powstałem na sposób amerykański. Narysowano plany, wytknięto ulice, postawiono domy, sprowadzono ludność. Wszystko to trwało zaledwie 10 lat. Obecny Zamość jest Zamościem z XVI wieku, nic się w nim nie zmieniło. Ulice przecinają się pod kątem 90° tak, że z lotu ptaka całość wygląda, jak pole szachownicy. Pod miastem ciągną się olbrzymie dwupiętrowe lochy, zabytki dawnej twierdzy. Zamość jest miastem rycerskim, nigdy nie poddał się wrogom, a jeśli uległ, to przemocy stokrotnej. Wytrzymał on niejedną burzę dziejową. Wyliczę tu choćby taki potop i walki niedawne z bolszewikami. Obecna ludność Zamościa to przeważnie żydzi: 12 tys. - chrześcian jest około 7 tysięcy. Zamość jednak naogół jest dość kulturalnem miastem. Posiada wiele szkół, dom ludowy, teatr, bibljotekę itd. Czystość Zamościa jest też objawem kultury. Miasto nie jest zaśmiecone i zabrudzone, a przeciwnie, ulice są pozamiatane, domy pomalowane i potynkowane, wogóle całość dość sympatyczna. Jezdnie są wykładane tzw. cegłą klinkierową. ("Świat Szkolny", 1928 nr 2)

Zygmunt Nowakowski (aktor "Reduty", felietonista) - Jedyne chyba miasto w Polsce tak jednolite, tak wyjątkowo utrzymane w stylu. Jest to kawałek Włoch, np. jakiejś Padwy żywcem wywieziony przez Zamoyskiego, który miał fantazję dzisiejszych amerykańskich multimiliarderów. Tylko w ten sposób mógł wśród bagien, łąk i lasów zakwitnąć niespodziewanie taki śliczny kawałek renesansu! Sporo miast włoskich nie powstydziło by się tego rynku i ratusza, tych ulic i domów. Znacznie później zauważyłem fakt niezwykły - Zamość ma bruki! Co więcej - autentyczne, a stare kanały... Wierzyć się nie chce. (...). Takie to oryginały w tym Zamościu: mieszkają w byłym Królestwie i  mają kanalizację. Porządek panujący w mieście musi pozostawać w pewnym związku z kanałami. Bo od tego drobiazgu zaczyna się wszelki postęp... ("Ilustr. Kurier Codzienny" 1930 nr 179).

Tadeusz Cieślewski syn (grafik) - Zamość jest położony na lekkiem wzgórzu pośród dalekosiężnej bezdrzewnej płaszczyzny, całkowicie (mowa o zabytkach) renesansowy, zawierający dwie, trzy budowle poważniejsze, biały. Dzięki temu wszystkiemu jest rzeczywiście nieco ubogi, biorąc rzecz malarsko, gdyż sylwetę ma płaską i niezasobną w ciekawsze momenty, wnętrze mało urozmaicone, kolorystycznie jest niemal żaden. Artysta musi Zamość podchodzić,  aby zeń wyłuskiwać motywy, gdyż jest on trudny, jeżeli szukać w nim tego tylko  co "widać" od razu. Dobry malarz umiałby na pewno dobrać się do piękna Zamościa w czas złotej jesieni lub w wieczorne zmierzchy, zaszyłby się w czeluście sklepionych wąskich sieni, wyjrzałby przez dymniki, przychwyciłby Zamość w dnie targowe, kto wie nawet na "modern" by go przyrządził, pokazując rozbity przy szosie lubelskiej cyrk wędrowny w dzień lub wieczorem. (Malarz w Zamościu, "Ziemia" 1930 nr 10)

Siostry Halama (gwiazdy estrady) - Zamość zachwycił nas swym wyglądem. Jest cudny. Po przedstawieniu wyszłyśmy przejść się trochę. Była piękna noc księżycowa. Cały plac Mickiewicza z ratuszem wyglądał jak zaczarowany. Bałyśmy się wprost głośno mówić, żeby nie spłoszyć jakiegoś tajemniczego uroku. Czekałyśmy, że lada chwila zjawią się zakuci w stal rycerze. Było jednak późno i musiałyśmy wracać do hotelu. (wywiad w "Słowie Zamojskim" 1930 nr 21).

Stanisława Nowicka (śpiewaczka estradowa, dla niej napisano Tango Milonga) - Jechałam do Zamościa z pewnym uprzedzeniem, myślałam sobie mała prowincjonalna mieścina. Tymczasem na wstępie miłe rozczarowanie. Zamość po prostu chwycił mnie za serce swoim wyglądem. Jest cudny. Gdybym mogła kupiłabym sobie domek na placu Mickiewicza, tak mi się podobało. (wywiad w "Słowie Zamojskim" 1930).

Juliusz Kaden-Bandrowski (pisarz) - z daleka widać miasto Lachów, szacowne i odwieczne, bardzo, bardzo hetmańskie, ze stacji się dojeżdża parę kilometrów. Z daleka widać wieże... miasto, powiadam ci, ten Lachów, cudo na błocie, korona brylantowa na gnoju położona, - takie architektury, taka przeszłość, takie przepiękne rzeźby i zaułki, cholera, prastarość wielkoduszna, zresztą powiedzmy szczerze, zewsząd w łajnie tonąca... (fragment powieści Mateusz Bigda, t. I, 1933).

Paweł Popiel (ziemianin) - Na wzór Padwy otacza rynek podsieniami, wszędzie bogate renesansowe odrzwia i obramowania okien o motywach roślinnych lub geometrycznych. Wśród tego tu i ówdzie nisze, w których istnieją postacie bohaterów rzymskich i greckich także św. Michał, św. Kazimierz i wspaniała rzeźba Madonny stojącej na smoku. - Do wnętrza kamienic wchodzi się przez renesansowe lub barokowe portale do zacisznych przyciemnionych sklepionych sieni, skąd wiodą schody na piętro. Najpiękniejszą częścią  rynku, to strona z ormiańskimi niegdyś kamienicami , ozdobionymi orjentalnymi  motywami, jak lwy i smoki. (P. Popiel  2918 kilometrów na koniu, 1933)

Stanisław Zamecznik (architekt) -  Niechcący odkryłem Zamość. Oczywiście odkryłem dla samego siebie.Wylądowałem na pustej stacyjce. Pociąg z którego wysiadłem miał lokomotywę i 2 wagony. Stał melancholijnie parę minut i pojechał dalej – zatrzymywać się na innych pustych stacyjkach.
Przyjazd na pustą stacyjkę z obowiązkową jazdą „do miasta” brudną i smutną dorożką. Wszystko to nastraja melancholijnie i napełnia przeczuciem dni pełnych nudy. A potem siedziałem trzy tygodnie w tem pięknym mieście. Bo co tu dużo gadać – o Zamościu zupełnie śmiało  powiedzieć można: piękne miasto. Odrobina wyczucia specjalnego oddechu historycznego, jakiem wciąż żyje to miasto i odrobina (daj Boże każdemu!) entuzjazmu pozwala nam zatracić poczucie smutnej rzeczywistości i wylądować w egzotycznej atmosferze mieszczaństwa, zamojskich małych domków, wąskich ulic, zegara na ratuszu bijącego dostojnie godziny, fenomenalnie zdobionych kamienic podcieni - podcieni dla których warto zobaczyć Zamość.
Dopiero drugiego dnia rano wyszedłem na świat, między domy Zamościa. Otóż wydaje mi się, że jedną z pierwszych przyczyn, dla których Zamość nabiera specjalnego uroku, jest jego pozorna małoważność. Przedewszystkiem nie wyszedłem a „wylazłem” na rynek z rękami w kieszeni, z przyjemnem poczuciem absolutnej izolacji od dnia wczorajszego, pełnego wrzasku ulic stolicy ….. Na rogu dwu sprzedawców gazet (jedynych zresztą w mieście, jak potem zauważyłem) zabawiało się skąpą w słowa rozmową, oraz śpiewaniem zeszłorocznych tang. Nadzwyczajnie mi się to podobało, o wiele bardziej, niż normalny zwyczaj wykrzykiwania tytułów gazet. Nie kupiłem gazety. Z rozmysłem. Uśmiechnąłem się do nich i tylko zabrałem im melodję.
Na rogu ulicy, 3 Maja, odkryłem zaraz pełną swoistego wdzięku  figurę świętego, którego dość samowolnie nazwałem świętym Krzysztofem. Święty Krzysztof miał długą szatę, dwa podbródki, oraz nazbyt dużej w stosunku do reszty, twarzy wyraz ogromnego spokoju. Taki sam spokój panował dookoła na całym rynku. Spokojnie kapały lśniące krople wody ze studni, spokojnie stały w słońcu na swoich nóżkach-podcieniach jasne kamienice rynku, a patronował im św. Krzysztof z palmą w jednej a otwartą książką w drugiej ręce.
Jest w tym rynku u wylotu ulicy Ormiańskiej parę domów, które zwracają uwagę swoją dość prymitywną, a mimo to (a może właśnie dlatego) – ogromnie lapidarną i smaczną ornamentyką fasad. Zwiedzałem wnętrza. Było coś nieprawdopodobnego w tych sieniach sklepionych, mrocznych schodach z galeryjkami i izbach zdobionych przed 300 laty. Przeżywałem zdarzenie z przed trzech wieków.
Jeżeli Zamość zdobędzie się kiedyś na hotel dla turystów, którzy przyjadą oglądać jego zabytki – to winien on być w którymś z tych właśnie domów.
O ratuszu wartoby, i to dość obszernie, napisać osobno. Na razie wystarczą te zresztą dość banalne superlatywy, że: jest on prawdziwą „koroną” tego rynku, a „perłą” wśród ratuszów miast polskich/ Wielkiej przesady w tem nie ma.
Wieczorem w kinie. Amerykańska sentymentalna historja. Sama sala kina jest niespodziewanie duża, starannie utrzymana, na zupełnie europejskim poziomie.
To też potem, kiedy wracałem do domu – o godzinie 9-tej - architektura miasta w świetle elektrycznych lampek  wydawała mi się jeszcze bardziej, groteskowa, jeszcze więcej zabawna, w najprzyjemniejszym tego słowa znaczeniu. Z pustych, oświetlonych podcieni rynek wyglądał, jak ładna i wesoło pomyślana  makieta teatralna z namalowanym księżycem.
Na drugi dzień już rysowałem, otoczony od tyłu zgrają młodocianych znawców sztuki i „wielbicieli talentu”. Na trzeci dzień też rysowałem w tem samem towarzystwie. I tak było aż do końca.
Co się tyczy „smutnej rzeczywistości”, to przedstawia się ona tak, że cały splendor architektury ginie w przeraźliwiem niechlujstwie, z jakiem jest traktowana zarówno zabytkowa architektura, jak i otoczenie.
Drobny brudny handelek gnieżdżący się w podcieniach dławi wszelkie uroki, jakieby się narzucał mniej lub więce wrażliwemu na nie człowiekowi. Jeżeli były jakieś zdobienia, to po pięćdziesiątem malowaniu białoniebieską farbą potraciły już dawno swoje profile i rysunek. (Niby jest w tem pewna korzyść: biało niebieska sklejona farb stanowi futerał ochronny do czasu kiedy miastem zajmą się konserwatorzy). Jako przykład: nad drzwiami wejściowemi w najruchliwszej części rynku na odpowiednio płaskiej, aby ją zamalować i z tego powodu gruntownie na żółto zamalowanej ornamentacji: napis przez wszystkie ornamenty: „FRYZJER DAMSKI na pierwszem piętrze" i nazwisko. Bardzo śmieszne i bardzo brzydkie, a w gruncie rzeczy dość smutne. Gdzieindziej owszem – dlaczego nie – ale dlaczego na renesansowych odrzwiach?
Ażur podcieni jest w kilku miejscach pozatykany drewnianemi handelkami na towary galanteryjno-spożywczo-konfekcyjne. Budy malowane na ohydny czerwono-brązowy kolor stoją i stać będę na wieki.
Wszystko to pływa w malowniczym (w najgorszem znaczeniu) nieładzie otoczenia, w normalnym pejzażu prowincjonalnego miasteczka. – Rozkudłany i zbity z desek targ niweczy efekt monumentalnej skądinąd bramy Starego Trybunału. Najpiękniejsze bramy odstraszają oddechem swoich nieskanalizowanych podwórzy.
To jest właśnie ta normalnie smutna rzeczywistość, którą trzeba z pewnym trudem omijać, ażeby trafić do przeżyć, do których ostatecznie trafiłem.
Nikogo nie namawiam – jeszcze nikt na tem dobrze nie wyszedł – ale gdyby ktoś miał w perspektywie wyjazd do Włoch, gdzie też jest – nie powiem - piękna architektura, ale do dyspozycji sto złotych, to myślę, że nienajgorzej byłoby uciec do Zamościa. Tylko nie kupujcie przewodników! Nie starajcie się porozumiewać z tybulcami (jeżeli w ogóle posiadalibyście umiejętność języka „tybulców”). Po prostu włóżcie ręce w kieszenie i  w słoneczny dzień wyjdźcie na rynek, a traficie w sedno starej pięknej polskiej architektury.
Namawiałbym tylko – gdyby mi to wypadało – czynniki miarodajne czy jak to się nazywa, ażeby odpowiednie sumy trafiły w odpowiednie ręce i  żeby fachowcy architekci zajęli się przywróceniem miastu odpowiedniego wyrazu. Żeby do odkrywania Zamościa nie trzeba było specjalnego entuzjazmu, na który ostatecznie nie wszystkich stać. (Odkrywam Zamość. Wakacje rysownika, "Świat" nr 48, 1934)

Henryk Kleinert (dziennikarz z "Gazety Polskiej") - Przyjeżdżam do Zamościa w środku nocy i nie żałuję tego. Miasto śpi i dzięki temu na pierwszy plan wysuwa się architektura, prosta, a kunsztowna w swej prostocie. Można nie być wrażliwym na piękno, a jednak trudno nie ulec urokowi, który wygląda ze wszystkich murów. Wtedy nie tuszuje go gwar życia. Człowiek czuje się przeniesiony w inny zapomniany świat. ("Express Lubelski" 31 I 1937).

Felieton z warszawskiej gazety - Zamość, to naprawdę kawałek Europy. Nawet Żydów wzięto tu za twarz, nie daje się im zaśmiecać, niszczyć, szkaradzić wszystkiego. Chałaciarze łażą wśród zielonych gazonów i nie skrzeczą, nie depczą, nie brudzą. Zamościanie śpią w nocy zamiast spacerować po swoim rynku i delektować się łagodnym światłem, rysującem cudowne arkady. Dla godzinki, spędzonej  w nocy, na tym cichym pustym rynku, warto tu przyjechać. Restauracja jest równie droga jak Bukiet w Warszawie.
Proszę bardzo, oto jest – Zamość.
Szosa klinkierowa doskonała z dwu stron; bruki bardzo przyzwoite; park miejski wspaniały, z trawnikami, klombami, kwiatami; ogródek zoologiczny, rynek z arkadami wokoło odnowiony, stare domy gustownie i barwnie pomalowane; żadnych szyldów; lampy stylowe i dyskretne, restauruje się okazale ratusz; burzy brzydkie bastjony fortecy; Zakłada kanalizację; wszędzie, praca nad stwaraniem wizualnych efektów. Już teraz 20-tysięczny  Zamość jest bezkonkurencyjnym miastem na terenie zaborów rosyjsko-austrjackiego. Za rok – dwa, gdy wszystko będzie skończone, każdy Amerykanin czy Anglik piśnie:
Ależ to rozkosz mieszkać u was w prowincjonalnej dziurze. ("Słowo",1937 nr 244)

Aleksander Gieysztor (profesor, wtedy elew w podchorążówce) - Zamość jest jednym z najpiękniejszych miast, jakie widziałem. Znakomicie zachowany renesans domów i jednolitość zabudowania nadaje bardzo szczególny charakter miastu, które zresztą Pan Profesor pewnie zna ze swoich wycieczek automobilowych. (list do prof. Manteuffla, 1937, "Rzeczpospolita" 9 I 1999).

Jan Stokowski (wł. Jerzy Szeptycki, architekt) - Zamość jest miastem zrobionym „na zamówienie". Bo rzeczywiście nie narastało w nim życie tak, jak we wszystkich innych osiedlach – od  przypadkowo zestawionych domków, do późniejszego ujęcia budowlanego chaosu, w regulacyjne ramy, przepisów budowanych - lecz od razu architekt włoski projektował całość zamkniętą zespoloną z twierdzą. Wielki kanclerz Jan Zamoyski, który bardziej od magnatów polskich był wykształcony, a nauki odbywał w Italii - zapoczątkował budowę miasta w roku 1580 - kontraktem zawartym z włoskim architektem Bernardino Morandi. W umowie zaznaczono, że miasto winno być zbudowane na wzór włoski. Stąd jakby przeniesione  z południa arkady, usiłujące z  polskiego słońca wydobyć głębokie cienie, któreby swoim rytmem grały.
Nie chciałbym rozpisywać się ani o planie regulacyjnym miasta, ani o jego historii, lecz zadaniem moim będzie opowiedzieć wrażenia, jakie z tego arkadowego miasta jako recenzent sztuki, wyniosłem. Bo niewątpliwie Zamość jest dziełem sztuki stworzonym przez umiejącego operować przestrzenią artystę.
Dwupiętrowe kamieniczki tworzą zespół plastyczny nie dlatego, że z konieczności - bo stoją obok siebie - muszą grać barwą lub formą, ale dlatego, że jeszcze przed wybudowaniem odpowiednią rolę dekoracyjną im przeznaczono. Tak więc przy zasadniczym obramieniu rynku czterema, prawie jednakiej wysokości rządami kamienic, każdą z nich inaczej ornamentowano i każda inne cienie kładzie na ścianach.
Skala ornamentów bardzo wielka. Przy tym najbardziej miły jest fakt, że ornament w stosunku do konstrukcji architektonicznej odgrywa rolę elementu rozwiązującego płaszczyzny i w żadnym wypadku poza tę harmonię nie wybiega. Duże cienie rzucają elementy konstrukcyjne, mniejsze - sztuateria płaszczyznowa. Trudno sobie wyobrazić, jak wiele walorów estetycznych ma ten dobry hierarchicznie podział pracy. To też widziany z pewnej perspektywy, rząd osadzonych na solidnych międzyłukowych filarach domów daje nam łamanie się światła, inne o każdej porze dnia. Przez to rynek zamojski ma w sobie coś ze stale pulsującego życia - ale bez ryzyka przypadku - tylko podporządkowanego woli architekta. Ożywione ornamentem fasady domków siedzą mocno na filarach, które dzisiaj pomalowano na biało i oddzielono gzymsem od właściwej ściany. Frontony prócz sztukaterii, uzupełnionej tu i ówdzie wolno - lub we wnękach stojącymi postaciami świętych - pomalowano na kolorowo. I to wcale niewymyślnie. Patrząc z bliska, peszymy się nawet tym, że robota nie jest dosyć staranna, że farba jest zwykłą, mocno natężoną klejówką. Przyjrzawszy się jednak kamienicom stojącym na przeciwległej stronie rynku, oceniamy, że malowanie obliczono na kolorystyczną grę całych, wielkich plam. Wprowadzają one ogromne ożywienie, a ponieważ są dobrze dobrane, stanowią moment znacznie przyjemniejszy dla oka, niż beznadziejna szarość miastowych kamienic, które są w masie conajmniej tak nudne, jak ulica Wspólna, lub Hoża.
Bo dlaczegóż właściwie ulice i rynki miałyby być brudno-gładko-szare? Rzecz w tym, aby kolorystyczne ożywienie architektury wprowadzić we właściwy sposób a z umiarem. Pod arkadami zamojskiego rynku umieszczono sklepy, na zewnątrz niewidoczne. Nie widać niesfornych szyldów - bo stosuje się tylko znormalizowane napisy na szybach. Rynek pozostał rynkiem bez najmniejszego zakłócenia spokoju architektury. Do dzisiaj też wygląda jakby był zrobiony dopiero wczoraj wcale nie dla tych, którzy sprzedają śledzie, lub kupują guziki, bo nastrój ma wyraźnie świąteczny. Na tym polega jego wartość, że ludziom, którzy w istocie mają życie zakrojone na miarę straganików i małego miasteczka, daje atmosferę, spokojnego piękna - na codzień. A to jest przecież w działaniu sztuki najważniejsze.
Aby intencję i osiągnięcie architekta podkreślić i jak najbardziej uszanować, zlikwidowano dawne targowisko z przed ratusza - rynek wyłożono zieleńcami, przez które tu i ówdzie przechodzą  drogi. Plac rynkowy, obramiony jest gładko kamienną jezdnią, która organizuje ruch między wylotowymi ulicami.
Specjalna wzmianka należy się zamojskiemu ratuszowi, który stojąc w stosunku do obu osi rynku  nieco na uboczu, odsłania najciekawiej ze wszystkich ornamentowane domy ormiańskie. Zdecydowana w zarysie sylweta bloku ratusza i osadzona w nim renesanowa wieża, którą oparto na  dwu rozszerzających się ku dołowi szkarpach, jest podziałem na piętra we właściwy stylowi „odrodzenia" sposób rozbita. Szerokie schody prowadzą na taras, nadając piętno wielkopańskiego gestu, choć bez wątpienia, kłócą się nieco z harmonicznie skomponowaną całością. Ale te schody zbudowano znacznie później, niż ratusz.
Swoje wrażenia z Zamościa ująłem bardzo generalnie. Pisałem o  całości, a nie o szczegółach - bo o  szczegółach pisano już nie tylko artykuły, ale całe książki. Warto jednak przejść pod arkadami, aby zobaczyć jakieś świetne odrzwia, lub arcydobrze rzeźbione supraporty. Warto zobaczyć spokojny rytm lamp, które na sklepieniu zawieszono, lub zajrzeć do  tej lub owej sieni. Trzeba obejrzeć chociażby „Dom pod świętą Małgorzatą" i kamienicę Ronikierów. Ale przede wszystkim trzeba Posiedzieć czas jakiś na brzegu chodnika, jak w Italii. Aby nadychać się pogody, jaką artysta w rynku zamojskim zaklął.
Pozwolić, aby dziwowali nam się gapie, podczas gdy my chłoniemy nastrój, którym oni są od dziecka przesiąknięci. Wtedy ocenimy, jak wspaniałą rzeczą jest zespolenie sztuki z życiem i jak wielka jest sama sztuka - chociaż pokazana na przykładzie małego Zamościa. (Zamość miasto robione "na zamówienie "ABC nowiny codzienne", 1938, nr 302)

Juliusz Osterwa (aktor) - Zamość przepiękny. Rynek malowany. Ulice czyściutkie. Poczta "europejska". (...) Teatr najlepszy jakiśmy mieli po drodze. Scena największa, najlepiej oświetlona. (...) Publiczności sporo - i najinteligentniejsza. Tu się rodzą nowe pomysły, napływa nowa energia i wiara w Sztukę (fragment listu z 1938 - J. Szczublewski Żywot Osterwy, Warszawa 1971).

Maria Ludwika Mazurowa (córka B. Leśmiana) - Miasteczko było zawistne, ponure, niesympatyczne. Pejzaż szary. Przed tą szarzyzną krył się ojciec do ogródka zoologicznego (lata 30. Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie Lublin 1966).

Maria Kuncewiczowa (pisarka) - Zachował się obszerny rynek z ratuszem. istnieją wały obronne..., są kościoły, strome dachy, a naokoło... faliste pola pszeniczne i żytnie. Miasto wydaje się wyspą albo może gniazdem ogromnego ptaka usłanym płasko na ziemi, jak to jest w zwyczaju niektórych ptaków drapieżnych (wykład dla studentów w Chicago).

Władysław Czapliński (historyk) - Droga do kanclerskiego grodu jest już prosta i jasna. Przed nami ukazuje się też dziwnie miła i ładna panorama miasta. Gdy dochodzimy do przedmieścia, uderza nas jego czystość i porządna zabudowa. (...) Miasto samo wywarło na nas jak najlepsze wrażenie? Z zachwytem oglądaliśmy śliczny rynek z podcieniami, wreszcie mnóstwo pięknie utrzymanych renesansowych domów. Wychodzimy na jakiś plac, z którego wzrok biegnie daleko w sine pola. Przez chwilę zdaje mi się, że jesteśmy nad morzem i wzrok napotyka znowu bezkresne przestrzenie polskiego morza. Czuje człowiek wdzięczność dla twórców tego miasta, którzy budując je na wzgórzu otwarli przed oczyma mieszkańców te szerokie przewiewne przestrzenie. (fragment wspomnień Zamość widziany w 1939 r., "Kamena" 1981 nr 20).

Franciszek Starowieyski (malarz) - Jechałem przygotowany na to, że zobaczę bardzo romantyczne miasto, a to miasto wyglądało strasznie zwyczajnie. Byłem tym potwornie rozczarowany. Spodziewałem się, że cały rynek będzie w attyce, a on był zwykły, codzienny, tak jakby życie źle się obeszło z zabytkami tego miasta (tak zobaczył Zamość w 1939 jako 9-letni chłopiec - z wywiadu dla "Tygodnika Zamojskiego" z 2 VIII 1995).

NN - jedno z najbardziej godnych widzenia małych miast Generalnej Guberni, z historią uwidaczniającą silne wpływy niemieckie - wspólna praca niemieckich i włoskich uczonych (Baedekers GG, wyd. Lipsk 1943, s. 135).

Felieton z lubelskiego czasopisma - Ładny jest Zamość. Ma swoich miłośników, jak ma ją nie jedna ksiązka bo Zamość ma coś ze starej ksiąki. Ma patynę wieków, styl, myśl założyciela prześwietla  mury i opromienia tradycją, a wszystko składa się na to, że wśród tych murów tuła się pragnienie, by Zamość zachować jako zabytek, pamiątkę, by nie dać mu zniszczeć, a raczej dać dużo nowych, dopasowanych do starego grodu wartości, aby się stał skarbnicą kultury i sztuki.
Były robione poczynania jeszcze przed wojna w tym kierunku, jednak stare domy o ciekawych pięknych portalach, podwórza pełne krużganków, uliczki o ukrytych, tajemniczych zakamarkach pozostały zaniedbane, często zeszpecone, chylące się do ruiny, tonęły w śmieciach i niepamięci, na placykach stały budy i stragany, w kamienicach roiło się od szczurów, a przez podwórka trudno było przejść z powodu zaduchu. Zewnętrzna strona nie licowała  często z zewnętrzną.
My dzisiaj patrząc na odzyskany Zamość, jakby poraz drugi odnajdujemy jego piękno i uświadamiamy sobie jego wartość zamkniętą w duchowej atmosferze w aurze tego miasta. (W trosce o Zamość. "Źródło" nr 1, 1945)

Aleksander Jackiewicz (literat) - Wieczorem Zamość jest pełen uroku. Z mieszkania rodziców niedaleko jest do parku założonego na historycznych wałach zamojskich. W poświacie gwiazd szkli się cicha woda dawnych fos szańce obronne wyrastają wysoko, jak słonie. Dookoła pełno wiosennych kwiatów, aromatu ziół i mokrych łąk za parkiem. Tu się kruszyły najazdy Tatarów, Kozaków, Szwedów. (…) Przechadzam się po grzbietach starych fortyfikacji, pod nogami ugina mi się miękka wiosenna, cierpko pachnąca trawa. (…) Wyszedłem z parku, idę pustą, szeroką ulicą. Przechodzę pod wysokimi murami Akademii. Z otwartych na  górze okien niesie się melodia poloneza, uczniowie ćwiczą widocznie na jakąś uroczystość. Mijam wejściowe drzwi, w które nie jeden raz wchodzili Szymonowicz, Stefanides, Bursius. (…) Jest cicha pachnąca mgłami noc. Po popołudniowym deszczu, ulice lśnią w świetle gwiazd. Światła w oknach pogaszone. Jest późno. Idę wzdłuż podcieni. W blasku stylowych  lamp, zawieszonych na narożnikach domów, rysują się urzekające odrzwia patrycjuszowskich kamienic. Kamienice otoczyły ratusz czworobokiem. Front ratusza jest oświetlony, wygląda jak wizja i dekoracja teatralna. Błyszczą ciche okna piętrowych kamieniczek. Rynek śpi. Rzadko dzwonią w ciszy kroki spóźnionego przechodnia. (…) Przygasły stylowe latarnie. Przeciera się niebo, płowieje. Rzednie mrok w podcieniach. Moje spotkanie z Janem Zamojskim dobiegło końca. (...) Rano zajarzą się kamienice w słońcu: czerwono, zielono, pomarańczowo, błękitnie , ożyją sklepy. Miasto zaroi  się od furmanek. Dzieci ruszą do szkół. Obudzi się ogród botaniczny i zoologiczny, chluba Zamościa (Spotkanie z Janem Zamoyskim, "Nowiny Literackie" 1948 nr 24)

Józef Nikoden Kłosowski - Mijam starą zabytkową Kolegiatę, o bardzo oryginalnej architekturze, długi gmach byłej Akademii Zamojskiej, na którym złocą się litery mówiące o tym, że niegdyś przebywał  tutaj autor „Żeńców” Szymon Szymonowicz. I zaraz tonę w cieniu niewielkiego, lecz za to pomysłowo zaprojektowanego, parku wśród gorących szałwią płonących gazonów i romantycznych nad taflą wody pochylonych wierzb. Obok w budynku pófortecznym umieszczono interesujący model plastyczny starego Zamościa. ("Kamena" 1948)

OPISY ZAMOŚCIA, OPINIE O ZAMOŚCIU 1951-2010


 * Kiedy gen. Sławoj-Składkowski przybył na inspekcję  do Zamościa, po Rynku oprowadzał go starosta. Urzędnik chwalił się, że Zamość to jest taka Padwa. Na co generał: G... to, nie Padwa